Przyszedł czas, że muszę przeprosić się z tabelą kaloryczną, do kieszeni schować kalkulator i odkurzyć plastikowe pojemniki. Tak, zac...

My diet

/
5 Comments


Przyszedł czas, że muszę przeprosić się z tabelą kaloryczną, do kieszeni schować kalkulator i odkurzyć plastikowe pojemniki. Tak, zaczęłam liczyć makro i skrupulatnie to spisywać. Niestety. Uwierzcie, nie jest to moje ulubione zajęcie, szczerze powiedziawszy to męka. Zazwyczaj poddawałam się po tygodniu - a to brak czasu, a to wyjście ze znajomymi (JAK TO WLICZYĆ W BILANS?!), a to milion innych wymówek. Dlaczego teraz będzie inaczej? Zacznijmy od początku - czyli jak wypracowałam silną wolę.

Osoby, które znają mnie trochę bliżej, wiedzą mnie czy więcej, jakie dietetyczne pomysły i cudawianki przychodziły mi do głowy. Już chyba milion razy 'przechodziłam' na dietę i ogłaszałam to dumnie całemu światu. Znacie to uczucie, kiedy motywacja sięga zenitu, zakupki dietetyczne zrobione, baterie w wadze wymienione, w głowie wizja idealnego ciała i nagle...  wszystko szlag trafia? Nie wiadomo skąd, na wyciągnięcie ręki pojawiają się ulubione ciasteczka, kawałek pizzy czy puszysta drożdżówka. Przecież można zacząć od jutra, prawda? Jak się domyślacie, u mnie to jutro zamieniło się w kilka lat, bo tak na prawdę byłam mistrzynią oszukiwania samej siebie.

Wiele zmieniło się w tamtym roku. Osiągnęłam najwyższą wagę w życiu (wciąż mieściłam się w normie, ledwo). Dla wielu ludzi to tylko cyferki na wadze, 1kg mniej, 1kg więcej, nieważne. Ja dosłownie czułam się jak młoda słonica. Oczywiście postanowiłam to zmienić. Powrót do standardowej wagi nie był taki trudny. Mam swój przedział, który łatwo mi osiągnąć, za to zejść poniżej to niezły wyczyn. Rozpoczęłam studia, pracę, tryb życia uległ zmianie. Pomyślałam, że fajnie byłoby coś zrobić z moimi 'wrażliwymi' jelitami - wyeliminowałam gluten. Przestałam jeść pieczywo, moje ukochane makarony poszły w odstawkę. Uwierzcie, że wcześniej nie wyobrażałam sobie egzystencji bez zapachu świeżych bułek z rana czy michy tagliatelle z sosem pomidorowym. A jednak da się. Z czasem zastępowałam jedne produkty innymi. Potem przyszła następna myśl: 'czas na redukcję'. Wjechała dieta IF, tak bardzo krytykowana. Okazało się, że świetnie się na niej czuję, trawienie znacznie się poprawiło. Niestety, pozwalałam sobie na za dużo, dzień bez słodyczy był dniem straconym, więc waga stała. Impuls do kolejnej zmiany. Eliminuję węglowodany = całkowita zmiana światopoglądu! Jak można jeść sałatkę bez grzanek, warzywa bez ryżu, kanapki bez chleba?! Well, to też można wypracować. Tak samo, jak rzucenie słodyczy. Jutro mija miesiąc bez czekolady i innych smakołyków i jestem z siebie cholernie dumna!



źródło: tumblr.com
 
Teraz kiedy o tym wszystkim piszę, to wszystko wydaje się banalne (dlaczego nie wpadłam na to kilka lat temu??) i dziecinnie proste. Nie było. Wymagało sporo czasu, wiele popełnionych błędów i pójścia pod prąd. Dopasowałam dietę do swojego organizmu, a nie do panujących trendów. Nie stosowałam każdej zasady żywieniowej z mądrego poradnika czy fanpage'u fitness guru. Po prostu posłuchałam swojego organizmu i przejrzałam na oczy.

No dobrze, wszystko ładnie i pięknie, to po co liczę makro? Rzeczywiście, fajnie było. Waga leciała (poszło 4kg) i nagle BUM! 1,5kg więcej! WTF?! Oczywiście, Kasia jak to Kasia załamała się. Odechciało mi się wszystkiego, odchudzanie straciło sens. I byłam już o mały włosek, żeby rzucić to wszystko w cholerę... ale nie umiem się tak łatwo poddać. Nigdy, nie osiągnęłam tyle w tej kwestii, co w bieżącym roku. Odkopałam głęboko ukrytą silną wolę. Stałam się prawdziwą fighterką. Poza tym mam przy sobie ludzi, którzy nie pozwolili mi na kolejną porażkę! Jestem Wam wdzięczna.

W życie wcielam nowy plan. Po eliminacji tak wielu produktów, wypracowaniu nowych nawyków, potrzeba tylko małych, kosmetycznych zmian w rozkładzie makroelementów. Obecnie ograniczam węgle do minimum (ok 40g dziennie) i podbijam tłuszcze. Około 1650 kcal. W kuchni królują warzywa, olej kokosowy, mięsko (powoli włączam wieprzowinę i wołowinę) i ryby, no i oczywiście orzechy i pestki. Owoce out (kolejny challenge). Trzymajcie kciuki!



FACEBOOK / INSTAGRAM




You may also like

5 komentarzy:

  1. Podziwiam Cię za wytrwałość! Wszystkie owoce wyrzucasz z diety?

    OdpowiedzUsuń
  2. Warto słuchać swojego ciala, bo ono zawsze da nam znać, czego potrzebuje :) Ja nie wyobrażam sobie dnia bez owoców...
    Życzę powodzenia! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. bardzo fajnie opisałaś swoje zmagania, myślę, że wiele kobiet mogłoby się pod tym tekstem podpisać ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oby wyszło Ci na zdrowe i dobre :) trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  5. Owoce out ? Czemu? :( One też są bardzo dobrym składnikiem diety, nawet redukcyjnej. :D

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.