Z trądzikiem zmagam się od zawsze. Od kiedy sięgam pamięcia wstecz moja cera to jeden wielki pryszcz. I uwierz lub nie, ale nie jest to ...

Pielęgnacja cery - olejki eteryczne


Z trądzikiem zmagam się od zawsze. Od kiedy sięgam pamięcia wstecz moja cera to jeden wielki pryszcz. I uwierz lub nie, ale nie jest to stan rzeczy łatwy do zaakceptowania. Dziesiątki maści, tabletki i inne medykamenty testowałam nieraz. Po terapii retinoidami miałam spokój na około 2 lata, a potem wracamy do stanu wyjściowego... 

Z tego powodu ciąglę szukam przyczyny mojej choroby, zmieniam pielęgnację, modyfikuję dietę. Wszystko, żeby uporczywe krosty znikły choć na trochę. Przez ostatnie pół roku moje małe rytuały urodowe uległy gruntownym zmianom i z większą uważnością dobieram to, co nakładam na moją twarz. 

Nie muszę chyba mówić, jak ważne jest prawidłowe oczyszczanie skóry. Cały ten brud, nieważne jaki typ cery Ciebie dotyczy, musisz z twarzy zmyć. Obecnie używam do tego żelu z aleosem, a następnie przemywam twarz tonikiem z Ziaji zmieszanym z olejkiem eterycznym z drzewa herbacianego i z rozmarynu. Tonik przywraca naturalne pH skóry. Nie używam żadnych mleczek do demakijażu czy płynów micelarnych, bo strasznie ich nie lubię, poza tym nie przesadzam z ilością kosmetyków w codziennej pielęgnacji - w zupełności wystarcza mi żel. Rano, po oczyszczaniu, zazwyczaj użwam kremu matującego (Ziaja lub Tołpa) lub serum z witaminą C (uwielbiam to z Image Skincare). Na noc niezastąpiona emulsja z The Ordinary - za taki skład, cena jest niebiańsko niska! 




Totalną nowością są u mnie olejki eteryczne. Tak jak napisałam wyżej, często mieszam je z tonikiem. Skąd ten pomysł? Olejki eteryczne to esencje z roślin uzyskiwane najczęściej w procesie desytlacji lub wytłaczanie. To taka mieszanina najbardziej wartościowych związków, które wykazują działania antybakteryjne, oczyszczające, przeciwzapalne. Z olejkami oczywiście należy uważać, bo w za dużych stężeniach mogą powodować podrażnienia skóry, pieczenie czy poparzenie. Warto zrobić próbę uczuleniową każdego planowanego olejku i unikać stosowania przed wyjściem na słońce. W pielęgnacji skóry trądzikowej używam olejku z drzewa herbacianego oraz z rozmarynu, które mają silne działanie antybakteryjne. Ponadto, w mojej kosmetyczce zawsze znajdzie się olejek z drzewa różanego - ze względu na swój zapach, a także na działanie nawilżające. Pamiętaj, że olejek olejkowi nie równy. Spotkasz się z tańszymi i droższymi i uwierz mi na słowo, że jakościowo będą się do siebie mocno różnić. Obecnie testuję różne firmy, żeby znaleźć te najlepsze.




I kolejna 'innowacja' to zastosowanie kropel probiotycznych. Pomysł podpatrzony u Ewy. O probiotykach można mówić godzinami, dopiero od kilku ostatnich lat docenia się ich rolę w leczeniu różnych schorzeń i bada się poszczególne mikrobiomy oraz ich dysbiozy. Zdecydowałam się na kropelki Trilac Plus - chyba najlepszy skład na rynku.




Wydaje się, że moja pielęgnacja jest złożona i trochę tego jest. Natomiast staram się ją zminimalizować, bo uważam, ze nadmiar również nie jest dobry. Wciąż poszukuję nowych rozwiązań i nowych marek, a także naturalnych metod. Uwielbiam zioła i nie wyobrażam sobie bez nich życia - w trądziku świetnie sprawdz się wierzbownica, bratek czy nagietek.


Nie jestem specjalistką, ale wiem jedno. Musisz spersonalizować swoją pielęgnację. Często metodą prób i błędów, bo to co działa u mnie, u Ciebie może się nie sprawdzić. I na odwrót. Mogę z czystym sumieniem polecić Ci bloga Ewy, od której wciąż się uczę i czerpię pomysły. I pamiętaj, że z trądzikiem nie ma żartów, jest to choroba skóry, więc zacznij od wizyty u lekarza.


A na koniec wspomnę jeszcze tylko o moim najnowszym odkryciu - olejek z drobinkami złota Nuxe - idealny na lato. Kocham! :)



Czekam na Wasze propozycję pielęgnacyjne w komentarzach :)








FACEBOOK / INSTAGRAM

PS. Jeżeli pragniesz zawalczyć o sylwetkę i dobre samopoczucie a także zdrowie, koniecznie napisz do mnie maila (sprintemprzezzycie@gmail.com). Chętnie podejmę z Tobą współpracę i rozpiszę jadłospisy :)

Są takie poranki, że nie lubię się nigdzie spieszyć. Wstać, zaparzyć kawę (sic! teraz na AIP mogę o tym tylko pomarzyć) i po prostu de...

Smoothe bowl - podejście trzecie




Są takie poranki, że nie lubię się nigdzie spieszyć. Wstać, zaparzyć kawę (sic! teraz na AIP mogę o tym tylko pomarzyć) i po prostu delektować się nowym dniem. Wtedy też robię śniadania, na które normalnie nie znalazłabym czasu. A że za oknem wiosna, na talerzu też musi być kolorowo!

Kocham smoothie bowls całym moim wielkim serduszkiem - odsyłam Cię do dwóch poprzednich propozycji (PYCHA!)- za to, że to najłatwiejszy sposób, żeby swój codzienny jadłospis uzupełnić w niezbędne witaminy i minerały. Często dostaję pytanie, jaki jest mój super duper najlepszy składnik, produkt w kuchni, który warto włączyć do diety, żeby zadbać o zdrowie, ale taki niebzędny, taki co zdziała cuda. Tutaj Cię rozczaruję, bo nie ma jednego elementu, nie chodzi o to, żeby faszerować się awokado i zajadać to puddingiem chia, a w sklepie buszować między półkami w poszukiwaniu skrobi z maranty trzcinowej. Chodzi o różnorodność, o nowe smaki i radość z jedzenia :) Moją tajną bronią są właśnie smoothie bowls.


Smoothie bowl #3
- dojrzałe mango   - banan - jabłko  - pół dojrzałego awokado  - 1 łyżeczka babki jajowatej   - cytryna   - dodatki na wierzch: orzechy, pestki, ulubione owoce
Zmiksuj na gładką masę mango, banana, jabłko, awokado i babkę jajowatą oraz cytrynę.  Konsystencja musi być dość gęsta (jeżeli jest za rzadkie, dodaj kostki lodu). Na wierzch poukładaj swoje ulubione dodatki.   Na sam koniec delektuj się smakiem :)





Koniecznie podziel się swoimi wrażeniami! A może już robiłeś smoothie bowl? Pochwal się zdjęciem :)


FACEBOOK / INSTAGRAM


PS. Jeżeli pragniesz zawalczyć o sylwetkę i dobre samopoczucie a także zdrowie, koniecznie napisz do mnie maila (sprintemprzezzycie@gmail.com). Chętnie podejmę z Tobą współpracę i rozpiszę jadłospisy :)

I znowu cuduję, i znowu modyfikuję. A co? Oczywiście moją dietę. Nie byłabym sobą, gdyby nie próbowała nowości. Wszystko dla zdrowia. Te...

Protokół autoimmunologiczny - po co?


I znowu cuduję, i znowu modyfikuję. A co? Oczywiście moją dietę. Nie byłabym sobą, gdyby nie próbowała nowości. Wszystko dla zdrowia. Teraz chyba jestem o krok od rozwiązania mojej życiowej zagadki.

Moja miłość dietetyki narodziła się z potrzeby - jak każda młoda dziewczyna chciałam schudnąć kilka kilogramów. Mimo że w teorii nie jest to takie trudne, wystarczy przecież zachować deficyt kaloryczny, to praktyka okazała kosmicznie trudna. Wypróbowałam na sobie mnóstwo metod, diet, drakońskich sposobów. I co? I guzik. Wpadłam w błędne koło. Przy okazji otarłam się o poważne zaburzenia odżywiania, o których nie mówiłam nikomu bardzo długo. Dieta goniła dietę, a kilogramy jak na złość nie znikały. Plus ciągłe dolegliwości ze strony układu pokarmowego, które utrudniały mi codzienne funkcjonowanie (codzienne bóle brzucha to nic przyjemnego). Hektolitry wylanego potu na siłowni, kręcenie cardio bez końca, aerobiki, basen. Efektów brak, samoocena praktycznie poniżej poziomu morza. Wtedy już wiedziałam, że jestem ta 'inna', że coś jest nie tak. Wszyscy się śmiali, że to kolejna wymówka, że przecież w końcu powinnam coś ze sobą zrobić.

Dziś piszę po prawie 3 latach studiów. Po przeczytaniu niezliczonych ilości publikacji, książek, artykułów. Po dwóch diagnozach, po dziesiątkach badań. Po gruntownych zmianach w moim życiu i przede wszystkim z dużą dozą dystansu do samej siebie. Kiedyś goniłam wyimaginowany obraz wytworzony w mojej głowie, dzisiaj skupiam się na zdrowiu. Droga, którą przebyłam, nauczyła mnie jednego: każdy jest inny, a rozwiązanie nie zawsze jest proste. Dlatego tak ważne jest, żeby indywidualnie dopasować żywienie, suplementację, leczenie do samego siebie. Mam nadzieję, że moje doświadczenie, zbierane przez tyle lat, że metody, które wypróbowałam na własnej skórze, pomogą mi w pracy, pomogą mi pomóc Tobie i pokazać, jak wiele można zdziałać odpowiednią dietą.

Protokół autoimmunologiczny - co to? po co?

Przejdźmy do meritum tego postu. Tak jak pisałam, wiele się zmieniło w ostatnim czasie w moim żywieniu. Ponieważ po zdiagnozowaniu celiakii i przejściu na  dietę bezglutenową (cholernie ciężkie zadanie, nawet dla dietetyka), dalej coś było nie tak. Wieczne zmęczenie, problemy ze skórą, wysypki, podwyższony cholesterol, nieregularne miesiączki (czasem ich brak), zdecydowałam, że trzeba coś zmienić. O protokole immunologicznym słyszałam już dosyć dawno. Ale w sumie z braku dokładnych informacji, artykułów naukowych porzuciłam ten pomysł w zapomnienie. 

Protokół autoimmunologiczny (eng. AIP Diet) to specjalny program dietetyczny, stosowany w przypadku chorób autoimmunologicznych, aby wspomóc leczenie, złagodzić objawy, 'podreperować' jelita. Jest odmianą diety paleo, w której eliminujemy wiele produktów spożywczych.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli - ta dieta nie jest dla zwykłego śmiertelnika, który cieszy się dobrym zdrowiem, nie jest to nowa metoda na stracenie kilku kilogramów. Nie jest to też udowodnione naukowo, że może pomóc. Dlatego też postanowiłam ją wypróbować!

Choroby autoimmunologiczne to takie dziadostwo, że u każdego mogą objawiać się całkowicie inaczej. Często są też niezdiagnozowane, ponieważ mogą dawać bardzo niespecyficzne objawy. A w skrócie polegają na tym, że organizm niszczy sam siebie od środka, ze względu na nieprawidłową odpowiedź układu immunologicznego, np. w celiakii dochodzi do zaniku kosmków jelitowych (przez co nie wchłaniamy prawidłowo substancji odżywczych). A na domiar złego, na wywołanie choroby autoimmunologicznej ma wpływ wiele czynników od genetyki po dietę, styl życia, stres.

Podstawą jest prawidłowa diagnoza! Nie zaczynami diet eliminacyjnych przed pełną diagnostyką! 

Absolutnie wierzę w medycynę konwencjonalną. Więc powinniście zacząć od wizyty u dobrego lekarza i jeżeli jest taka możliwość w przypadku danej jednostki chorobowej od odpowiedniej farmakoterapii. Ale! W chorobach immunologicznych żywienie też jest niezmiernie ważne i powinno stanowić część terapii. I tutaj przyda Wam się współpraca z odpowiednim, doświadczonym dietetykiem - ale nie takim, który zaleci Wam od razu listę suplementów, odstawienie leków i sposób na cudowne ozdrowienie (jeśli na takiego traficie, to uciekajcie ;) )

AIP - co można jeść?

Dochodzimy do najważniejszego punktu, czyli na czym dokładnie polega AIP Diet. Eliminacja. Zaczynamy od eliminacji wielu produktów, aby wyciszyć nasz układ immunologiczny, złagodzić stan zapalny, wspomóc szczelność jelit, a w efekcie poprawić samopoczucie.  

Eliminujemy:
  • gluten
  • nabiał
  • jaja
  • wszelkie ziarna, te bezglutenowe również
  • warzywa psiankowate (np. pomidory, paprykę)
  • rośliny strączkowe 
  • kakao
  • niektóre przyprawy (np. pieprz)
  • orzechy, pestki
  • alkohol
  • kawę 
  • wszelkie przetworzone produkty

Lista jest dosyć długa. Dla mnie to był na początku kosmos. Każdy kto mnie trochę zna, wie, że uwielbiam kawę i mleko. Każdy dzień zaczynałam od pysznych jajek z bekonem (przyzwyczajenie po keto). Długo się zastanawiałam, czy podołam. Dlatego zdecydowałam się na stopniową eliminację, myślę, że już za kilka dni wejdę na ścisły protokół (zostało mi kilka produktów). I wiecie co? Już czuję się o niebo lepiej, a kawy wcale mi nie brakuje :)  Okazało się, że na protokole można szaleć w kuchni i tworzyć pyszne potrawy.

I na koniec tego długiego wpisu, łap przepis na pyszne placuszki, które świetnie sprawdzą się nie tylko na protokole, ale tez na diecie bezglutenowej, wegańskiej, czy po prostu dla urozmaicenia.




Pancakes AIP
- banan
- 2 płaskie łyżki mąki kokosowej,
1 łyżka wiórków kokosowych
- pół puszki mleczka kokosowego
- 1 łyżeczka babki jajowatej
- pół łyżeczki sody oczyszczonej
Wszystko miksujemy blenderem (masa wyjdzie dosyć gęsta,  ewentualnie trochę więcej mleka kokosowego dodać). Opcjonalniemożna dodać słodzik - u mnie szczypta stewii. Smażymy na oleju kokosowym z dwóch stron.









FACEBOOK / INSTAGRAM

Książek o zdrowym odżywianiu, odchudzaniu czy o treningach jest całe mnóstwo. Bo przecież każdy szanujący się dietetyk, trener czy bl...

'28 dni do Bikini Body' - recenzja książki



Książek o zdrowym odżywianiu, odchudzaniu czy o treningach jest całe mnóstwo. Bo przecież każdy szanujący się dietetyk, trener czy blogger ma na swoim koncie co najmniej jedną pozycję. Czy niosą one jakiś przekaz? Czy w ogóle warto wydawać, często niemałe, pieniądze? Wabią nas kolorowymi zdjęciami, magicznymi przepisami i receptami na sukces. Niestety, mi też zdarzyło się kilka razy naciąć, więc do tematu podchodzę ostrożnie. 

Ostatnio miałam przyjemność zapoznać się z książka '28 dni Bikini Body. Przewodnik po zdrowym jedzeniu i stylu życia' Kayli Itsines. O Kayli pisałam TUTAJ - to australijska trenerka, która stworzyła program 'The Bikini Body Guide', pomagając milionom kobiet w osiągnięciu wymarzonej sylwetki. Czy dała radę również z książką? Spieszę z odpowiedzią!


'28 dni do Biki Body' to niemalże biblia. Liczy prawie 400 stron wypełnionych pięknymi zdjęciami. Co do wydania - nie ma się do czego przyczepić - standardowo fotografie smakowitego jedzenia oraz samej trenerki skutecznie przyciągają uwagę i sprawiają, że masz ochotę zmienić całe swoje dotychczasowe życie!

Książka została podzielona na 3 części - wprowadzenie do planu, rozpiska, i co ciekawe, zamienniki przepisów. Po pierwszych stronach jest nieźle, autorka wyraźnie podkreśla, że kluczem do sukcesu jest pewność siebie, a nie rozmiar. 

"Dla mnie 'bikini body' nie oznacza konkretnej wagi, rozmiaru czy wyglądu. To stan umysłu, gdy jesteś pewna siebie, zdrowa i silna. Kiedy dobrze się czujesz w swojej skórze i w swoim ciele  "

Nie mamy do czynienia z kolejną fit crejzolką zalecającą eliminację prawie wszystkich produktów spożywczych, żywiącą się olejem kokoswym i kiełkami. Kayla otwarcie przyznaje, że propaguje zrównoważoną, urozmaiconą i przede wszystkim prostą dietę, tak aby osiągnąć pożądane efekty, ale również zdrowie. Jej podejście jest bardzo elastyczne, przez co książka może być kierowana do każdej kobiety. Będzie idealna dla totalnych laików, ale również dla osób bardziej świadomych. I za to na prawdę lubię Kayle Itsines. Nie stara się na siłę sprzedać cudownej recepty na płaski brzuch, tylko edukuje i wprowadza w zawiłości prawidłowego odżywiania. Mimo że tytuł wskazuje na określony plan, to tylko początek drogi ku zmianie stylu życia. 

W kolejnych częściach opisane zostały zarówno makro i mikroskładniki diety, witaminy, znajdziemy tam odpowiedzi na nurtujące pytania (np. czy suplementy diety są niezbędne). I w końcu dochodzimy do tytułowego planu! Ale! Co bardzo mi się podoba, nie jest to sztywna rozpiska z wyliczonymi kcal. Trenerka dzieli posiłki według porcji poszczególnych grup produktów, i tak np. śniadanie w opcji A to 2 porcje produktów zbożowych, 1 porcja owoców, 1 porcja nabiału lub jego zamienników (mamy do wyboru 4 opcje A, B, C, D z różnymi wariantami porcji). Oczywiście, jest też sekcja z proponowanymi przepisami (tutaj może pojawić się problem z niektórymi składnikami), znajdziesz tam propozycję fit deserów. Kayla to w końcu trenerka, więc nie obyłoby się bez ćwiczeń, jednak stanowią one nikły ułamek książki.



Podsumowując, '28 dni do Bikini Body' to moim zdaniem pozycja godna polecenia. Merytorycznie bardzo mnie zaskoczyła (oczywiście pozytywnie). Spodziewałam się kolejnego poradnika w stylu 'gluten i kazeina to największe zło świata', tymczasem otrzymałam książkę z bliskim mojemu sercu przekazem - zrównoważona, urozmaicona dieta to klucz do sukcesu. Serdecznie polecam!










Obsługiwane przez usługę Blogger.